Opowieść o Ciszy, Która Leczy

Są miejsca, które wołają nas swoim milczeniem. Nie potrzebują słów, głośnych reklam, nie błyszczą neonami, nie kuszą obietnicami sukcesu. Czekają cicho, wciąż na swoim miejscu, tak jak zawsze. W lesie. Wśród mchu. Nad wodą.

Dziś wędrowałam właśnie tam – w głąb lasu, w głąb siebie. Ścieżka, którą wybrałam, nie była przypadkowa. Prowadziła mnie intuicja, potrzeba odpoczynku, a może ucieczki? W świecie, gdzie wszystko jest szybkie, efektywne, zaplanowane, czasem człowiek po prostu musi… zniknąć. A las to akceptuje. Nie pyta, nie ocenia, nie daje rad. Po prostu jest.

Patrzę na powalone drzewo, pokryte miękkim, szmaragdowym mchem. Kiedyś rosło tu z dumną koroną, wyciągało gałęzie ku słońcu, szumiało na wietrze. Teraz stało się częścią ziemi. Nie ma w tym dramatu, nie ma rozpaczy – jest naturalna kolej rzeczy. Cykliczność, przemijanie, odrodzenie. Mech otula jego martwe drewno jak aksamitna kołdra, przynosząc nowe życie tam, gdzie skończyło się stare.

Przesuwam dłonią po tej zielonej powierzchni. Jest chłodna, wilgotna, pachnąca czymś pierwotnym i kojącym. Jakby natura mówiła: wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Nie walcz. Pozwól, by było tak, jak jest.

Ile razy ja walczyłam? O lepszy dzień, o odrobinę spokoju, o to, by nie rozpaść się na kawałki? Byłam i jestem wojowniczką, matką dziecka z niepełnosprawnością. Świat, w którym żyję, jest pełen nieprzewidzianych zakrętów, wyzwań, nieustannej gotowości. Nie mam luksusu planowania przyszłości, bo każdy dzień może przynieść coś, czego nie przewidziałam. Ale tutaj, w tym lesie, nagle wszystko wydaje się prostsze.

Dalej idę w stronę strumienia. Cienka wstęga wody płynie leniwie, odbijając nagie gałęzie drzew. Szmer cichego nurtu otula mnie spokojem. Przykucam nad brzegiem i patrzę na swoje odbicie – lekko rozmyte, falujące, jakbym była częścią tego miejsca. Może właśnie tak powinno być? Może nie muszę być zawsze taka wyraźna, silna, niezmienna? Może mogę płynąć, dostosować się, poddać się temu, co niesie życie?

Czasem czuję się jak to powalone drzewo – zmęczona, wypalona, przygnieciona ciężarem. Ale teraz widzę coś więcej – życie, które kiełkuje wokół. Mchy, grzyby, nowe pędy, które korzystają z tego, co wydawało się stracone. Moja rola się zmienia, ale nadal jestem częścią czegoś większego. Moja siła nie musi zawsze być widoczna, nie muszę stać prosto jak dąb. Mogę być jak woda, jak mech – delikatna, ale niezniszczalna.

Czuję się tu dobrze. Bezpiecznie. Jakbym na chwilę zdjęła z siebie cały ciężar, który noszę każdego dnia. Myśli stają się cichsze, oddech głębszy. Powoli wracam do siebie. Do tego, co najprostsze, najbardziej prawdziwe.

Las nie oczekuje ode mnie niczego. Przyjmuje mnie taką, jaka jestem. Może dlatego wracam tu za każdym razem, gdy czuję się zagubiona. Może dlatego właśnie tutaj uczę się, że nie zawsze trzeba mieć plan, rozwiązanie, odpowiedź.

Czasem wystarczy być. Po prostu być.

 

Dodaj komentarz