Wielkanoc o życiu, które rodzi się z tego, co trudne

Tydzień po EDK, a ja dalej idę. Idę do siebie.

Minął tydzień od tego, jak szłam w nietypowyj Drodze Krzyżowej. Tydzień, a ja mam wrażenie, że ta droga trwa…, bo to droga do tej samej siebie.

Jestem osobą izolującą. Tak po prostu – cicho, z pytaniami, Ryzyko z buntem.
Po urodzeniu Karola mojego syna z niepełnosprawnością biologiczną – coś we mnie pękło. Zacząć mniej praktykować. Przechodziłam przez różne fazy buntu wobec Boga. Dziś widzę inaczej.
To były trochę takie wewnętrzne informacje z Boga. Pytania bez odpowiedzi. Dlaczego moje dziecko musi tyle przejść? Dlaczego tyle musi cierpieć? Dlaczego nikt nie potrafi mu pomóc? Prosiłam Boga o cud, w zamian za swoje życie. Niestety nic nie przynosi efektu. Gdy szłam na mszę, jedyne co szkodliwe to ogromny żal. Łzy same, które powracają – nie są już aktywne, ich zatrzymanie. Zobaczam, jak obok toczy się zwyczajne życie. A ja aktywny, że jestem poza nim. Jakbym był w innym świecie, walki z całego świata o opiekę mojego dziecka.   Złość, żal, ból nie do opisania, próba „dogadania się” z Bogiem.

Teraz już wiem, że to… jest naturalne. To jedna z faza w żałobie po diagnozie. Bo każda diagnoza odbiera coś ważnego – część nas sama, wyobrażenie o przyszłości, plan. Trzeba się pożegnać, co był. Zamknąć pytanie życia… i zapytać w coś, co jest nieznane. Na początku jest czas wypełniony, ból, napięć i zagubienia.
Świat, który jest odpowiedzialny, odpowiedzialny.  Najtrudniejsze jest to, że powoli zaczynasz tracić siebie. Zostaje rola. Zostaje odpowiedzialność. A Ty… się gdzieś w tym rozmywasz. Uczę się od nowej Nie tak jak planowałaś. Tylko tak jak zmusiło cię życie. Bo przecież nikt nie marzy o takim życiu.

Zanim pojawi się akceptacja – często pojawia się bunt wobec Boga, życia, świata. I to nie jest brak wiary. To jest jej bardzo prawdziwa, ludzka część. Może dlatego, że ta droga na EDK była dla mnie tak ważna… bo wracałem do czegoś, co kiedyś we mnie pękło. I może właśnie dlatego ta droga była dla mnie tak prawdziwa.

Decyzja była spontaniczna. Nieprzemyślana. Może nawet trochę… szalona.

Córka przyszła do mnie i powiedziała, że​​chce iść na EDK. Zapytała: „Pójdziesz ze mną?”

Pierwsza myśl. żartować? pojawienie się odpowiedzi na: „ Ekstremalna Droga Krzyżowa dystans ponad 30 kilometrów nocą.”

Aby to możliwe. Nie dla mnie. Nie dam rady.

A potem zjeść coś innego. Ciche „tak”. Bo skoro ona chce – ja będę obok, poza tym podpisują się Święta. Czułem, że… coś mnie w tym dotykało, nawet jeśli jeszcze nie mogłem tego spowodować. Nie szukaj, idź tak po prostu. wejść z czymś – z tym, co mnie boli, uwiera i nie daje bezpieczeństwa.
Szłam z intencją za rodzinę, za zdrowie, za miłość, za moje małżeństwo bo jesteśmy w momencie pojawienia się. Podczas podróży, która została odebrana, liczy się, że coś się poukłada, może dostanę odpowiedź.

Początek był lekki. Rozmowy. Śmiecha. Ludzie. A ja – tym wszystkim – prosiłam… o coś, co zdaniem się uchwyciło. I ewentualnie w ocenie padło zdanie, które mnie zatrzymało:

„Bóg nic nie daje. Bóg jest.”

I nagle wszystko cichło. Bo może nigdy nie odpowiadać o odpowiedzi, rozwiązania, o gotowe drogi.
Tylko o to, aby można było znaleźć na zewnątrz. I zachować siebie.

Przyszła cisza. Najpierw była niewygodna. Trudna. Wręcz bolesna. Bo kiedy wszystko cichnie – zaczynasz więcej. Nie tylko spokój. Ale też to, co długo było zagłuszane.
Właśnie tam… zacząłem wracać.

Nie w odpowiedziach, aw obecności.  W tym, co jest – nawet jeśli jest trudne.

Z każdym kilometrem coś się zmieniało. Rozmowy się urywały. Ludzi było coraz mniej. Kroki uruchamiają się cięższe. A cisza… zaczęła mówić. Były momenty, kiedy chcesz je otrzymać.
Naprawdę. Ciało mówi „dość”. Głowa też.
Ale moja córka szła dalej. A ja… chcę być obok. Następnie ważne zdanie:

„Nie poszło, bo jest łatwo. Idziesz, bo zrobiłeś.”

I to we mnie opuściłem. Bo to nie dotyczy tej tylko jednej nocy. To żart o życiu. O tym, że ewentualnie nie idziemy, bo mamy siłę. Tylko dlatego, że wybieramy iść i się nie poddajemy. I nadal nie niesie Cię motywacja. Niesie Cię Twoja własna decyzja.
W następstwie wystąpienia rzeczy, których na dzień nie pozwalasz na wejście. To co było ukryte – staje się przed tobą. Nie można już użyć wyszukiwania.

Później nastąpi rozmowa. Takiej, której nie planowałem. Bez kontroli. Bez konieczności . I może właśnie jej najbardziej rygorystycznam.

I zaczynasz wracać…   zaczyna się coś, czego się nie spodziewasz. Ciało odpowiada. Boli wszystko.  Nie masz siły się ruszyć. Nie masz wpływu.

W środku… pustka.

I nagle, że to także część tej drogi. Że nie wszystko trzeba rozumieć. Że trzeba po prostu…, aby móc siędział.

I kiedy dotarłsz do końca – do końca, że ​​do nie był cel był. To droga do podróży. 

Zostaje coś cichego. Nie Euforia. Tylko głęboka, spokojna satysfakcja. Myślę o nas. O rodzicach dzieci z niepełnosprawnością. Bo my tak żyjemy na co dzień. Bez fanfar, mety ani moment to „już”.

Idziemy.

Czasami ostatkiem mocy. Często w ciszy, której nikt nie widzi. Ja też są takie momenty… kiedy nie możesz już nic zrobić, po prostu po ludzku nie masz już mocy, która idzie dalej. Tylko możesz być.

I pozostałość bardzo bardzom. Ty i twoja decyzja. Nie spektakularna radość.

Tylko ciche zadowolenie: jestem, nie odpuściłem, idę dalej.

Ale już inaczej. Nie kosztem siebie. Z większą uważnością na swoich użytkowników. Na swoje potrzeby. Na swoje.   Może właśnie to jest nasza droga.

Nie do celu, t ylko przez życie.

Krok po kroku.

Nie wybrałeś jej, a każdego dnia możesz wybrać, jak ona pójdzie. Dbając o siebie, a przez to o swojej rodzinie. 

Uczę się… być w niej, o dnajdywać siebie. Cieszyć się tym, co jest możliwe. Dziś -tydzień po -jestem w miejscu wystąpienia. Bo prawdziwa zmiana zaczyna się dopiero teraz.

W codzienności.

Przed nami Wielkanoc.

Czas życia, które rodzi się z tego, co trudne. Z ciszy. Z bólu. Z zatrzymania. Być może właśnie to jest ukryte temu, co zapewniam. Nie spektakularne „wow”. Tylko coś bardzo cichego. Nawet w tym, co trudne… może wybrać coś nowego.

Nie wiem jeszcze, co przyciągnęło kolejne dni. Ale wiem jedno.

Było warto.

Leave a Reply