Nie idealne walentynki, ale prawdziwe.

Nie idealne walentynki, ale prawdziwe. O miłości w codzienności, tęsknocie i trosce o siebie

Nie było kolacji przy świecach w restauracji.

Nie było bukietu róż ani planów na romantyczny wieczór.

Było pranie.

Prasowanie.

Pakowanie rzeczy dla dzieci na wyjazd.

I cisza, która przyszła szybciej niż zwykle.

Mąż kolejny tydzień w pracy za granicą.

Dzieci jutro wyjeżdżają.

A we mnie mieszanka uczuć, których nie da się zamknąć w jednym słowie.

Trochę nostalgii.

Trochę bólu serca.

Trochę zmęczenia.

I bardzo dużo miłości.

Tak wyglądały moje walentynki.

I przez długi czas myślałam, że to znaczy, że są „nie takie jak trzeba”.

Że coś mnie omija.

Że gdzieś indziej ludzie żyją pełniej, piękniej, bardziej romantycznie.

Dziś wiem, że to po prostu życie.

Miłość w wersji dorosłej – bez fajerwerków, ale z odpowiedzialnością.

W Walentynki często pokazuje się miłość jako moment.

Kolację. Prezent. Gest.

A ja coraz mocniej czuję, że prawdziwa miłość to proces.

To wspólne decyzje.

To rezygnacje.

To troska.

To bycie nawet wtedy, gdy jest trudno.

To praca za granicą, żeby utrzymać rodzinę.

To pakowanie dzieci.

To zmęczenie, które nie znika po weekendzie.

I choć czasem brakuje mi bliskości fizycznej, wiem, że między nami jest coś głębszego – więź.

 

Dlaczego tęsknota boli tak mocno? 

Z perspektywy neurobiologii bliskość z bliskimi osobami reguluje nasz układ nerwowy.

Kiedy jesteśmy przy kimś, kogo kochamy:

– spada poziom kortyzolu (hormonu stresu)

– rośnie oksytocyna – hormon więzi i bezpieczeństwa

– ciało czuje się spokojniejsze

Gdy ta bliskość znika – pojawia się fizyczne uczucie pustki i niepokoju.

To nie słabość.

To biologia więzi.

Dlatego rozłąka z dziećmi i mężem naprawdę boli w ciele, nie tylko w sercu.

Między obowiązkami a emocjami

Złapałam się dziś na tym, że znów chciałam zagłuszyć wszystko działaniem.

Jeszcze jedno pranie.

Jeszcze coś posprzątać.

Jeszcze coś przygotować.

Tak długo w moim życiu odpoczynek wyglądał jak kolejne zadanie.

A dziś zrobiłam coś inaczej.

Postanowiłam się zatrzymać.

Zapalę świece.

Wezmę ciepłą kąpiel.

I pozwolę sobie poczuć to, co jest.

Bo nie zawsze trzeba być silną.

Czasem wystarczy być uważną na siebie.

Troska o siebie to nie egoizm – to regulacja układu nerwowego

Badania pokazują jasno:

chwile spokoju, ciepła, relaksu fizycznego (jak kąpiel, oddech, cisza) pomagają wyciszyć układ nerwowy i przywrócić poczucie bezpieczeństwa w ciele.

To dlatego po kąpieli czujemy ulgę.

To dlatego świece, ciepło i spokój naprawdę działają.

To nie fanaberia.

To biologiczna potrzeba.

Dla mnie – mamy, opiekunki, kobiety w ciągłym napięciu – to forma leczenia codzienności.

Nie idealnie. Ale prawdziwie.

Moje walentynki nie wyglądały jak z filmu.

Ale były pełne miłości.

Miłości do dzieci, które uczą się samodzielności.

Miłości do męża, który pracuje dla naszej rodziny.

I – coraz częściej – miłości do siebie.

Bo uczę się, że troska o siebie nie odbiera nic moim bliskim.

Ona daje mi siłę, by kochać zdrowiej.

Może Twoje walentynki też takie były?

Może też było zmęczenie zamiast randki.

Może obowiązki zamiast prezentów.

Może cisza zamiast muzyki.

I to jest w porządku.

Bo miłość nie zawsze jest głośna.

Często jest cicha, codzienna i bardzo prawdziwa.

Leave a Reply