Przerwa nie zawsze oznacza rezygnację. Czasem jest jedynym sposobem, żeby nie zniknąć.
Dawno nic tu nie pisałam.
Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia.
Raczej dlatego, że za dużo działo się we mnie, a słowa potrzebowały czasu, żeby się ułożyć. Jestem w miejscu, które trudno nazwać.
Stare już się skończyło – albo kończy.
Nowe jeszcze nabiera kształtu.
Wiem dokładnie, dokąd idę, choć nie znam drogi ale wiem, że nie chcę wracać tam, skąd przyszłam.
I właśnie w takich momentach bardzo łatwo pomylić przerwę z porażką.
Zatrzymanie z rezygnacją.
Pauzę z ucieczką.
A to nie zawsze to samo.
Przerwa jako etap, nie błąd
W psychologii kryzysu (m.in. u Gerald Caplan) kryzys nie jest traktowany jak coś, co trzeba „szybko naprawić”.
To moment, w którym:
- stare sposoby radzenia sobie już nie działają,
- nowe jeszcze się nie pojawiły,
- a człowiek jest chwilowo bez mapy.
To faza przejścia. Dezorganizacji. Zawieszenia.
I bardzo często – przerwy.
Podobnie u Erik Erikson, w teorii kryzysów rozwojowych:
każdy ważny etap życia wiąże się z napięciem między tym, co było, a tym, co dopiero ma się narodzić.
Zanim pojawi się nowa tożsamość, sens czy kierunek – jest pustka po starym. To nie jest cofanie się. To jest przestrzeń inkubacji.
„Stare zostawiam, nowe jeszcze nie przyszło”Dokładnie tak się teraz czuję.
Zostawiam rzeczy, które kiedyś mnie definiowały. Role, w które weszłam, maski które założyłam bo trzeba było przetrwać.
Oczekiwania – cudze i własne.
Nieświadome programy, w które rządziły moim życiem.
Nie mam gotowych odpowiedzi. Ale mam marzenia. Mam intuicję. Mam ciało, które mówi.
Nie idę na oślep.
Idę małymi krokami.
Staję. Rozglądam się. Robię to, co na dziś jest możliwe.
I to też jest droga.
Przemiana to „duży i długi proces” Często myślimy o zmianie jak o czymś wielkim i szybkim: szybkiej terapii, przełomie, nowym rozdziale.
Ale przemiana dzieje się:
- w pięciu minutach ciszy w ciągu dnia,
- w chwili, gdy nie odpowiadam od razu,
- gdy pozwalam sobie nie wiedzieć,
- gdy robię przerwę zamiast się zmuszać.
Są długie zimy życia – miesiące, a czasem lata przechodzenia przez coś ważnego i trudnego.
I są małe pauzy w ciągu dnia, które ratują system nerwowy i przypominają: jestem tu.
Jedno i drugie ma znaczenie. Przerwa, która chroni życie Coraz bardziej wierzę w jedno zdanie:
Nie każda przerwa oznacza rezygnację.
Niektóre są jedynym sposobem, żeby nie zniknąć.
Jeśli jesteś w miejscu, gdzie:
- nie masz jeszcze odpowiedzi,
- nie masz siły „iść dalej”,
- ale czujesz, że cofnięcie się byłoby zdradą siebie,
to być może nie stoisz w miejscu.
Być może stoisz dokładnie tam, gdzie trzeba.
I to wystarczy.
Na dziś.
Na końcu chcę napisać coś bardzo szczerze.
Zastanawiałam się, czy pisanie o przerwie, zawieszeniu, niewiedzeniu – nie zostanie odebrane jako słabość.
Czy nie „odsłaniam się za bardzo”. I właśnie tutaj przyszła do mnie ważna myśl. W psychologii to nie jest słabość.
To pozycja dojrzała.
W teorii kryzysu mówi się wprost, że osoba, która:
- rozpoznaje, że jest w etapie przejścia,
- nie udaje, że ma już wszystkie odpowiedzi,
- ale pozostaje w działaniu na miarę swoich aktualnych możliwości, funkcjonuje na wysokim poziomie integracji.
To nie jest narracja: „nie radzę sobie”.
To jest narracja: „wiem, co się ze mną dzieje i umiem się tym zająć”.
A to jest ogromna różnica.
Jeśli jesteś dziś w miejscu pomiędzy – pomiędzy tym, co było, a tym, co dopiero się rodzi –to nie znaczy, że stoisz w miejscu.
Być może właśnie idziesz najważniejszą drogą, jaką teraz możesz iść.
Małymi krokami.
Czasem wpadając w dziurę.
Czasem z przerwą.
Czasem bez odpowiedzi.
I to też jest w porządku.
