Jak nieświadomie oddajemy kontrolę nad własnym życiem

Są to takie momenty, kiedy tylko uzyskasz pozwolenie na działanie, siadasz na chwilę w ciszy do lektury książki, która cię intryguje już od samego truł „Alkoiluzja”.

Autor Robert Rutkowski, którego nie używa się w mediach społecznościowych. Zawsze trzymam mnie jego użytkownika -konkretne, bez owijania w bawełnę, czasami niewygodne, ale bardzo prawdziwe. Rutkowski to terapeuta uzależnień i trener, który od lat pracuje z zespołem w kryzysie. Ma sobie coś, co trudno podrobić – doświadczenie, autentyczność i miłość nazywana rzeczami po przyjacielu. I właśnie dlatego słowa jego trafiają głęboko.

Już sam tytuł książki daje do myślenia.

„Alko-iluzja” – czyli nie tylko alkohol, ale przede wszystkim iluzja, która się wokół niego tworzy. Iluzja, że ​​pomaga, rozluźnia, daje ulgę. Że „to nic dziwnego”. A w rzeczywistości często mechanizm, który oddala nas od siebie i od tego, co naprawdę w nas.

W opisie rozdziałów na zdanie, które zatrzymuj coś w środku.

„Dopóki sobie nie uświadomionego podświadomego, dopóty będzie kierować twoim życiem i będziesz nazywał się przeznaczeniu…”
– Carl Gustav Jung

Czytam te słowa i uczucie, jakby ktoś nazwał coś, co noszę sobie od dawna.

Bo życie dziecka z niepełnosprawnością… to nie jest tylko logistyka, leczenie, spacer o system.

To też świat wewnętrzny. Cichy. Często spychamy gdzieś w głąb siebie.

 

To, co robimy… i to, co nami szkodzi

Książka „Alkoiluzja” odkryła coś, co mnie bardzo poruszyło. Nie tylko temat uzależnienia jako coś, ale to, jak bardzo jesteśmy uruchamiani w kulturze, która normalizuje ucieczkę i hedonizm.

Bo spójrzmy uczciwie:

  • alkohol jest wszędzie – na spotkaniach, świętach, „dla rozluźnienia”
  • tabletki na wszystko, stale w reklamach – na sen, na stres, na uspokojenie
  • różne zagrożenia prawne i dostępne – jako sposób, aby „przetrwać”

I to jest tak powszechne, że zapewniamy dostęp do widoku.

To nie wygląda jak problem. Wyglądać jak normalność. A jednak… są często szybkie rozwiązania na coś, co nie jest szybkie. Ucieczka, której nie nazywamy ucieczką.

Jako rodzice dzieci z niepełnosprawnością jesteśmy pod dostępnym produktem. Przeżywamy bardzo dużo „trudnych” momentów i uczuć, ciągła czujność, odpowiedzialność, ciężar. W tym wszystkim bardzo łatwo jest znaleźć ulgi.

Czegoś, co:

  • na chwilę wyciszy,
  • odetnie od emocji,
  • pozwoli „nie czuć”

Książka brutalnie przypomina jedną rzecz: to nie jest neutralne.

Alkohol, leki lub inne skutki realnie zmieniają nasz mózg. Wpływają na układ nerwowy, na skutki, na sposób reagowania. I to, co pomogło na chwilę… często zaczyna działać niezgodnie z nami.

I ja nie piszę tego z miejsca oceny. Tylko z miejsca zrozumienia. Kiedy przychodzi choroba jak np. depresja, to trzeba wziąć lek. Tylko on nie rozwiązuje problemów. Co pomaga na pewno terapie. Przez długi czas uważałam, że terapia to jest coś… na co szkoda pieniędzy. Przecież sobie radzę, ogarniam, tyle już uniosłam, że dam radę. Szkoda pieniędzy dzieci przecież bardziej potrzebują. Dziś widzę to zupełnie inaczej. To nie jest koszt tylko inwestycja.

A na początek wystarczy rozmowa z drugom człowiekiem, który wie przez co przechodzisz i słucha bez oceny. Bo to jest bardzo ludzkie.

Książka „Alkoiluzja” Roberta Rutkowskiego nie jest książką o rodzicielstwie.
A jednak czytając ją, miałam wrażenie, że bardzo dużo mówi o nas o mechanizmach,  maskach, iluzjach. O tym, jak uczymy się przetrwać. Autor pokazuje, jak łatwo człowiek wpada w schematy zaprzeczania -nie tylko wobec uzależnień, ale wobec siebie. Jak potrafimy racjonalizować, tłumaczyć, wypierać.

I ja czytam to jako mama OZN i widzę:

  • jak często mówię sobie: „dam radę, przecież zawsze daję”,
  • jak ignoruję zmęczenie, bo „są ważniejsze sprawy”,
  • jak odsuwam swoje emocje, bo „teraz nie jest na nie czas”.

Nie chodzi o to czy to jest alkohol czy inna rzecz ale o  mechanizm.

Mechanizm przetrwania.

Iluzja siły

W książce pojawia się mocny wątek iluzji tego, jak tworzymy sobie obraz rzeczywistości, żeby było łatwiej. I my, rodzice OZN, też to robimy. Tworzymy obraz siebie jako tych, którzy muszą być silni.
Zawsze.
Bez przerwy.
Bez załamania.

Tylko że… ta „siła” czasem jest iluzją, która oddala nas od siebie.

Bo pod nią jest:

  • szok po diagnozie, który jest nie przeżyty,
  • zmęczenie, które nie kończy się,
  • złość, której nie wypada czuć,
  • smutek po życiu, które miało być inne…

I kiedy tego nie widzimy – to zaczyna nami kierować. Dokładnie tak, jak w cytacie Junga.

Życie na autopilocie

Rutkowski dużo pisze o życiu „na automacie”  o tym, jak powtarzamy schematy, których nawet nie jesteśmy świadomi.

I ja to widzę w naszej codzienności opiekunów OZN. Plan, zadanie, działanie. Kolejny dzień, bez zatrzymania. Bez pytania: co ja właściwie czuję?, czego potrzebuję?

Bo łatwiej jest działać niż poczuć to co trudne i bali w środku. Łatwiej jest ogarniać świat zewnętrzny niż wejść do środka, gdzie bywa… trudniej.

Iluzja, która jest społecznie akceptowana.

To, co mnie najbardziej uderzyło, to nie sam temat uzależnienia.

Tylko to, że my żyjemy w świecie, w którym ta ucieczka jest wręcz… wspierana.

„Napij się, będzie Ci lżej.”
„Weź coś na uspokojenie.”
„Każdy jakoś sobie radzi.”

Tylko że to nie jest radzenie sobie.  To jest często odsuwanie tego, co w środku.  I wracamy do słów Junga:

„Dopóki będziesz zaprzeczał temu, co jest w tobie, tym prędzej cię dopadnie od wewnątrz.”

 

A co jest w nas?

Emocje są w nas.
I dopóki życie płynie spokojniej, dopóki nie dotykamy tego, co trudne – często wydaje się, że sobie z nimi radzimy.

Ale kiedy przychodzi codzienna konfrontacja z rzeczywistością… kiedy napięcie, odpowiedzialność i zmęczenie są z nami dzień po dniu – wtedy zaczyna wychodzić coś więcej.

Nie tylko to, co tu i teraz.
Ale też to, co było kiedyś.

Bo w takich momentach uruchamiają się w nas stare ślady doświadczenia z dzieciństwa, emocje, które wtedy nie miały przestrzeni, żeby być przeżyte.
I one nie zniknęły. One po prostu czekają w podświadomości.

I nagle pojawia się w nas bardzo dużo: lęk, niepokój, napięcie, bezradność, złość, frustracja, smutek, żal, poczucie niesprawiedliwości, przytłoczenie, zmęczenie, poczucie winy, wstyd, samotność, odrzucenie, zagubienie, rozczarowanie, rozpacz, poczucie bycia niewystarczającą, bezsilność, chaos w głowie, drażliwość, czasem nawet pustka albo odcięcie od siebie.

I to nie są „nowe” emocje.

One bardzo często przypominają te, które już kiedyś były – tylko wtedy były za trudne, za duże, jako dziecko często niezrozumiałe, a my zbyt samotni, żeby je udźwignąć.

Dlatego dziś potrafią wracać z taką siłą.

I bywa, że jest ich po prostu za dużo naraz.

Za dużo, żeby to ogarnąć „siłą”.
Za dużo, żeby dalej udawać, że wszystko jest w porządku.

I może właśnie w tym miejscu nie chodzi już o to, żeby sobie „lepiej radzić”… tylko żeby zacząć to zobaczyć, nazwać i nie być z tym samemu. 💛

I kiedy nie mamy przestrzeni, żeby to zobaczyć i  przeżyć… szukamy ulgi gdzieś indziej.

To nie jest błąd, to po prostu jest próba poradzenia sobie. Takimi metodami które od pokoleń były dostępne i ciągle są nam projektowane przez otoczenie, media…

Ale czasem warto się zatrzymać i zapytać: czy to, co robię, naprawdę mnie wspiera… czy tylko chwilowo znieczula?

Ja też miałam ostatnio taki moment, kiedy ciało powiedziało „dość”.

Dużo pracy, nieporozumień w związku, trudne sytuacja z dziećmi i napięcie, zmęczenie, chaos w głowie rośnie.

I nagle coś się wydarzyło, co mogło się dla mnie bardzo ważne. Zadzwoniła jednostka, która jest częścią udziału w warsztacie. Kontakt improwizacja. To forma pracy z ciała i ruchu, trochę jak taniec, ale bez choreografii. Bez polecenia. Bez ważnego nadzoru, przestrzeganie schematu i wizji choreografa. To bycie w ruchu z drugiego człowieka – w dotyku, w urządzeniu, w przepływie. Raz prowadzisz, raz jesteś prowadzony.
Czasami tylko się wymagasz, pozwalasz się „ponieść”. To słuchanie ciała – swojego i drugiej osoby. Dla mnie było szokujące. Nagle się stało, że nie trzeba nic powiedzieć, wyjaśnić, być „ogarniętą”. A moje ciało… zaczęło puszczać. To opublikowane, które nosiłem w sobie, zaczęło się rozpuszczać nie przez odcięcie, ale przez doświadczenie. Doświadczenie płynące z organizmu. I co dla mnie bardzo poruszające się, to było również dodatkowe urządzenie mojego dziecięcego snu o ruchu, o tańcu, o byciu w ciele. Bardzo mocno zepchnęłam do swojej pamięci. Spróbowałem czegoś, co kiedyś było naturalne… a potem gdzieś zniknęło.

Życie na autopilocie

Rutkowski pisze o życiu na automacie. Ja – jako matka OZN – znamy aż za dobrze. Bez zatrzymania. Bo zatrzymanie jest trudne. Bo zawsze zaczyna być słychać do, co w środku.

Co możemy z tego brać jako matka OZN?

Nie chodzić o, żeby teraz wszystko zmienić.

Tylko może delikatne zobaczyć:

  • gdzie uciekam od siebie,
  • co mnie najbardziej przeciąża,
  • czego naprawdę potrzebują.

Zamiast tego mogę być „sposobu, aby wytrzymać” aby być bliżej siebie.

Na koniec… prawdziwie

Jeśli jesteś skutkiem… jeśli masz po prostu wpływ… na to, że niesiesz bardzo dużo.

I kiedy zaczynasz przestawać uciekać od tego, co w środku… to nie zawsze przynosi ulgę od razu. Często na początku bardzo boli bo zaczynasz widzieć, co było długo ukryte. Ale stanowi moment, w którym możesz uzyskać wpływ. Bo to, czego nie widać – zaczynamy kierować.

A to, co zaczynamy zauważać… powoli być naszym więzieniem.

Być może nie będę od razu.

Ale będzie prawdziwiej.

A z tego miejsca naprawdę może zacząć się coś dobrego.

Możesz naprawdę zastosować kroki.

Czasami od zwykłego połączenia z dodatkowym – przy kim możesz być trochę bardziej prawdziwy, bez udawania, że ​​wszystko jest w porządku.
A czasami… paradoksalnie łatwo jest zostać wywołanym przed obcym. Przed tym, kto nie zna Twojej historii, ale można ją usłyszeć bez powiadomienia. Kto rozumie mechanizmy, emocje, to, z czym się borykasz.

Nie trzeba od razu wszystkiego.
Nie trzeba mieć gotowych odpowiedzialności.

Czasami wystarczy pierwszy krok:
powiedz na głos to, co do tej pory było tylko w Tobie.

Zobacz, że można z tym nie być już tym samym. 💛

Leave a Reply